Fotek nie będzie

img_7389 img_7393

Zdecydowanie to nie jest wyjazd zdjęciowy. Po miesiącu jeżdżenia zdjęć mamy mało a jeszcze mniej takich do pochwalenia. Nagle migawkę w oku zastąpiło nerwowe rozglądanie się czy Ktoś Mały znowu czegoś nie ściągnął, nie zniszczył i nie trzeba bić w pokłony przeproszeniowe. I do tego P. prawie rozpacza, bo przyzwyczajony do swojego cudownego obiektywu w ramach minimalizacji bagażu nie zabrał go, odstępując miejsca w plecaku na rzeczy Wiadomo Kogo.

img_7390

W Malezji ujęła nas serdeczność z jaką przyjmowali nas jej mieszkańcy. Brakło tego, po co jechaliśmy, czyli zrealizujemy i tak w przyszłości.
Szybko raportując, to po Malezji wizytowaliśmy Tajlandię, którą oboje uwielbiamy i która każdorazowo nas rozpieszcza. Mieszanina niespożytych sił ulicy, blask kolorów i to wszystko w kontraście z buddyjskim spokojem, dla nas stanowi dawkę energii pozwalającą na przetrwanie w szarości polskiej pogody. O kuchni tajskiej rozpisywaliśmy się już kiedyś więc powtarzać nie będziemy, podniebienia rozkoszy oczywiście doznawały. Najczęściej przegryzając coś na wózkach lub w ulicznych knajpach wyszukiwaliśmy nowych smaków i nadal się nam to udaje.

img_7643 20140927_105533

Dzięki garkuchniom nastąpiło wyluzowanie skrajnej wersji „ekomamy” (to info dla tych co od roku sie podśmiewują, chociaż nawet w Azji płd-wsch stanąwszy „na rzęsach” organiczne słoiczki zostały nabyte) i w cudownie brudnych knajpkach, jakie uwielbiają rodzice, Mały Podróżnik również śmiało zajada pomimo braku znajomości składu użytych składników;)) I nic mu nie jest, mlaskając wypowiada swoje „mniam-mniam” konsumując krewetki, ogryzki i papierowe opakowania.
Zrobiło się sentymentalnie kiedy wzięliśmy się za odnajdywanie kiedyś ważnych miejsc ale też porównanie rzeczywistości ze śladami pamięciowymi. Nie ma już dziadka robiącego w swojej wózko-kuchni najlepszy  pad-thai. Zaś widok poprzedniego lokum i znalezienie ulubionej maleńkiej susharni rozczula. Tym razem nie spotkaliśmy również nikogo znajomego, chyba że wspomnieć nocleg w spartańskiej noclegowni Ali’s Nest – jego samego.
Bagaż nam się rozrósł, w znacznej mierze, przez fanty zbierane przez Młodego. Tutaj jego słowiańska uroda uznawana jest za mocno oryginalną (pomimo fałdy mongolskiej odziedziczonej po pradziadkach), do tego ciągle przesyła cudowne buziaki, zaczepia ludzi i dzięki urokowi osobistemu dostaje od przypadkowo poznanych bądź i nieznanych zupełnie osób prezenty. I tu przysłowiem trzeba rzucić: „jaki ojciec, taki syn”.
Teraz czas relaksacji w Singapurze i odwiedzania miejsc, w których nie ma jak wykorzystać środków odkażających wodę, więc w normalnym czyli starym trybie podróży („to se newrati”) atrakcji typu ZOO pewno byśmy nie odwiedzili a teraz ile radości. Z dżungli miejskich Singapur lubimy i mamy nadzieję, iż wkrótce K. i L. uruchomią tu swoją metę, gdzie już się zapowiadamy robiąc przegląd promocji airasia na kolejny sezon.
Swoją drogą, bacpackerskie podróżowanie z dzieckiem  dostarcza niesamowitej ilości rewelacyjnych przygód, chociaż też bywa samo w sobie porównywalne z wejściem na ośmiotysięcznik bez tlenu. Młody pokazał,że potrafi, więc trzeba mu będzie wkrótce i inne lądy pokazać…

Ten wpis został opublikowany w kategorii trip. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*


*

* Copy this password:

* Type or paste password here:

14,682 Spam Comments Blocked so far by Spam Free Wordpress

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>